Ostatnie wpisy
Zakładki:
* ZAPRASZAM TAKŻE DO SALONÓW GAZETY AUTORSKIEJ...
Wspominają CONRADA DRZEWIECKIEGO:
Wywiad z dr. Ferdynandem Froissartem o promocji rodzin
Wywiad z prof. Lechem Trzeciakowskim -
"Kontrowersyjny Bismarck"
Poznaj! Kliknij!
|
piątek, 30 grudnia 2011
Na TRANSATLANTYKU z Alanem Rosenbergiem... (cz. 1)
Alan Rosenberg, były prezes Screen Actors Guild - związku zawodowego amerykańskich aktorów (w latach 2005 – 2009), aktualnie członek Obama of America, zaskoczył nas swoim wykładem: „Praca w sektorze sztuki i Gildia Aktorów Ekranowych (SAG)”, który wygłosił w pawilonie Nowej Gazowni. To spotkanie z nim 9 sierpnia br. było dla nas swoistą formułą rejsu TRANSATLANTYKIEM (Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk) na ląd nam nieznany w Hollywood i bynajmniej jednak odległy od bajecznej krainy snów czy marzeń, z czym kojarzyliśmy dotąd to miejsce.
Poprowadził nas Alan Rosenberg do krainy, w której nierzadko wzbierają potężne orkany, a na co dzień toczy się koło zmiennej fortuny. Aktorzy muszą walczyć o godną egzystencję i daleko temu środowisku do jednego zdania. Istnieje w nim wiele podziałów, kategorii czy klas i grup interesów, a także rodzaj zmowy, jak to zobrazował Rosenberg na przykładzie choćby aktorów z Denver, izolujących się, bojkotujących swój udział w procesie scalania całego środowiska w ramach związku zawodowego. Roztoczyła się przed nami dzięki tej relacji - ogromna panorama walki i różnych aspektów pracy zawodowej, która wymaga od działacza związku zawodowego wielu starań o konsensusy i twardej postawy tam, gdzie istnieją zagrożenia żywotnych interesów środowiska. Także - talentów w prowadzeniu dialogu z przedstawicielami różnych gremiów, wszystkich stron zaangażowanych w produkcję filmów. Zwycięsko... Jako aktor poznał on wiele smaków tego zawodu i takich też smaków - zapłaty za swoje działania jako działacz związków zawodowych aktorów. Zebrał też ogromne doświadczenie, uniósł wiele przeżyć, w tym i tych - za własną nieposkromioną duszę człowieka myślącego szeroko i z odwagą idącego z ideą scalania środowisk nie tylko aktorskich, lecz również pokrewnych, jak np. scenarzystów. I walczącego o dobre dla nich kontrakty czy prawa i tantiemy związane z emitowaniem filmów nie tylko na szerokim ekranie czy telewizyjnym, lecz także – w Internecie. A wygrał wiele dla tego środowiska... Pod wozem... Ten wykład był jednym wielkim wyznaniem, szczerym zrelacjonowaniem różnych potyczek i wojen, ale też wątków z własnego życia zawodowego. Alan Rosenberg wyznał, że niejeden raz był pod wozem. Opowiedział m.in. coś bardzo znamiennego, dotyczącego tego etapu w życiu zawodowym, gdy nie miał pracy na planie filmowym. Zatrudnił się wówczas jako taksówkarz. Któregoś dnia do jego taksówki wsiadł aktor mający właśnie doskonałą pozycję – grający na pierwszym planie filmu. Wówczas Alan poczuł smak goryczy swojej sytuacji jako kierowcy, uznał ją dla siebie za wyjątkowo przykrą, poniżającą… Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska Cd. to opowieść Alana Rosenberga z tego spotkania - podaję jej część w następnej publikacji...( cdn). Na TRANSATLANTYKU z Alanem Rosenbergiem... Alan opowiada (cz. 2)
Alan Rosenberg, były prezes Screen Actors Guild - związku zawodowego amerykańskich aktorów (w latach 2005 – 2009), aktualnie członek Obama of America, zaskoczył nas swoim wykładem: „Praca w sektorze sztuki i Gildia Aktorów Ekranowych (SAG)”, który wygłosił w pawilonie Nowej Gazowni. To spotkanie z nim 9 sierpnia br. było dla nas swoistą formułą rejsu TRANSATLANTYKIEM (Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk) na ląd nam nieznany w Hollywood i bynajmniej jednak odległy od bajecznej krainy snów czy marzeń, z czym kojarzyliśmy dotąd to miejsce. Tym razem, w drugiej już publikacji, przytaczam przetłumaczoną opowieść Alana Rosenberga, którą snuł na tym spotkaniu...Tym razem, w drugiej już publikacji, przytaczam przetłumaczoną opowieść Alana Rosenberga, którą snuł na tym spotkaniu...
Witam wszystkich, nazywam się Alan Rosenberg. Od 2005 do 2009 roku byłem prezesem Screen Actors Guild – gildii amerykańskich aktorów czy też aktorów ekranowych. Przez lata pracowałem m.in. z: Jamesem Cagneyem, Danem Andrews, Charltonem Hestonem. Oni byli reprezentantami tego związku, a więc był to dla mnie ogromny zaszczyt działać właśnie na tym stanowisku. (Tutaj mała dygresja A. Rosenberga: Niezbyt dobrze spałem zeszłej nocy, ale mimo wszystko spędzam wspaniale czas tu - w Poznaniu i w Rozbitku, gdzie jest fantastycznie, świetne jedzenie, wspaniali ludzie. Niestety, pokój, w którym mieszkam, może to nie było to najlepsze miejsce, gdzie można się było spokojnie wyspać – tam były dzikie zwierzęta: dziki, lisy…). - Będę dzisiaj mówił o związku zawodowym, o swoim doświadczeniu jako przewodniczącego, prezesa tego stowarzyszenia aktorów amerykańskich. W Hollywood do tej pory nie płacimy sekretarzom i skarbnikom, w wielu przypadkach jest to praca zupełnie tymczasowa – na pół etatu. A więc wiele pracy w związku zawodowym wykonywanej dla aktorów. Pracując jako prezes tego związku, musiałem składać różne raporty, także występować przed dużym gronem ludzi, co nie jest dla mnie komfortową sytuacją i nigdy mi to nie przychodziło z łatwością, było to dla mnie wyzwaniem. Może zacznę od tego, dlaczego zostałem prezesem tego związku i jak to się stało, a następnie przejdę do różnych spraw, które nam się udało osiągnąć. Żyję w kraju, w którym rozumie się wartość związków zawodowych i ich zdolność do zmian w tym środowisku pracy. Niestety, nie udało mi się osiągnąć tego wszystkiego, co chciałem osiągnąć, mam jednak nadzieję, że pozostałym się to uda. Jak się tam dostałem… W latach 60. chodziłem do college`u w USA, w czasie wojny w Wietnamie. Mój starszy brat był prawdziwym bohaterem tej wojny, 18 lat temu zmarł. Był on moim mentorem z punktu widzenia politycznego, politycznym aktywistą i był również zakochany w sztuce aktorskiej. I pokazał, że tak naprawdę można zmieniać świat. I bycie aktywnym społecznie zainspirowało mnie do dalszej pracy i także wtedy, gdy w końcu zostałem prezesem tego związku - SAG. W latach 70. pracowałem w kolejnym związku aktorów w Nowym Jorku – 7 lat. Było to bardzo frustrujące doświadczenie, nie będę o tym za wiele i na ten temat mówił, ale ten związek bardzo aktywnie działał i chronił swoich członków. Niestety, ta sytuacja obecnie się już zmieniła. Następnie przeniosłem się po tych 7 latach do Los Angeles. W tamtych czasach grałem również w filmach, w telewizji w serialu „Play for Time” i zostałem zwolniony z tej pracy. W bardzo komicznych okolicznościach. Mój agent poprosił reprezentanta związku zawodowego, aby wybronili mnie. Nie zgodzili się, ponieważ mieli wiele innych projektów „na głowie” i stwierdzili, że to jest moje słowo przeciwko słowu mojemu pracodawcy, a w takiej sytuacji związek bierze stronę pracodawcy. Wtedy mój agent zatrudnił prawnika, który pracował nad moją sprawą 3 lata – i w końcu udało się odzyskać moje pieniądze, które zarobiłem. Wtedy zakończyła się moja współpraca ze związkiem. Skupiłem się na mojej karierze. Dzięki temu otrzymałem wiele dobrych ról, zagrałem w bardzo dobrych produkcjach, czyli wszystko układało się po mojej myśli, ale też potem jakby sytuacja się uspokoiła - żyłem z pieniędzy, które wypłacano za filmy i seriale ponownie puszczane, w których grałem. Aktorzy bez takiego właśnie rodzaju wsparcia finansowego nie byliby w stanie przeżyć. W latach 90. z grupą moich przyjaciół przeniosłem się do Los Angeles. Mieliśmy bardzo dużo problemów przetrwania, przeżycia. Wkroczyliśmy do show-biznesu z bardzo wysokimi oczekiwaniami, ale wierzyliśmy, że jeżeli mamy szczęście, jeżeli ciężko pracujemy i bardzo dobrze wykonujemy swoją pracę – wtedy będziemy mogli żyć na choćby średnim poziomie, np. choćby takim, by móc zapłacić czynsz. Ja, niestety, miałem kilka problemów, ale potem - w końcu lat 90. szczęście się do mnie uśmiechnęło – pojawiłem się w serialu „Civil Wars”(„Kryminalne zagadki Las Vegas”), a później - w pięciu serialach. Przez 12 lat otrzymywałem wynagrodzenie każdego tygodnia. W 1990 roku poślubiłem wspaniałą kobietę – jest gwiazdą serialu CSI. Ona również dobrze stała finansowo. Po tym paśmie sukcesów chciałem zrobić coś, co poprawiłoby sytuację aktorów średniej klasy. Uwielbiam grać w pokera. Wspaniała aktorka JoBeth Williams grała ze mną w pokera. A była strasznie rozgoryczona różnymi kontrowersjami w świecie zawodowym aktorów. Chodziło tutaj o zawarcie współpracy z dużymi korporacjami. Mój agent uważał, że nie jest to dobry pomysł, aby taką współpracę nawiązać. Największym problemem było wynegocjowanie najlepszych prac. Przyszedłem na spotkanie, aby się dowiedzieć trochę więcej na ten temat i było to spotkanie na wysokim szczeblu. Byłem na to spotkanie zaproszony, ale z drugiej strony mój wizerunek w związku był taki, że: "Zawsze stanie po stronie tych uciśnionych i walczy o aktorów w gorszej sytuacji". A agenci, menedżerowie prowadzą negocjacje, jeśli chodzi o płace. Natomiast średniej klasy aktorzy muszą polegać na związkach zawodowych. Wielu z nich w ogóle nie ma swoich agentów. Kiedy byłem w radzie aktorów, bardzo często oczekiwaliśmy od agentów, że nawiążemy współpracę, czyli że otworzą nam drzwi i będą nam w stanie coś zaoferować. Poszedłem na to spotkanie i kiedy tam siedziałem [zapis imienia i nazwiska na taśmie niewyraźny - przyp. mój SP], bardzo kontrowersyjna figura w świecie filmowym, bardzo inteligentny i mądry człowiek, który dobrze znał historię związku, tego dnia wygłosił fascynujące wystąpienie. To aktor rozumiał sens pracy, którą związki wkładały w poprawę sytuacji aktorów. Jak tak mówił, coraz bardziej poruszony jego wystąpieniem, postanowiłem aplikować do rady tego związku. W naszym związku były bardzo żywe, aktywne dwie partie. Warto kupić książkę, która opowiada o historii właśnie CAG – to dobre źródło, jeśli chodzi o informacje dotyczące związku i jego historii. [znalazłam w Sieci inf. o książce autorstwa Davida F. Prindle`a “The Politics of Glamour: Ideology and Democracy in the Screen Actors Guild” – przyp. mój S.P.]. Byłem zaskoczony tym dwupartyjnym systemem wewnątrz związku. Moja wizja była taka, że trzeba działać jednocześnie i zdecydowanie – a tu nagle się pojawia dwupartyjny system, czyli tak naprawdę w radzie nie dochodziło nigdy do konsensusów. Dwie partie ciągle walczyły ze sobą, miały ogromnie bezsensowne potyczki, które mogły trwać godzinami. Cd. tłumaczenia tej opowieści Alana Rosenberga podam w trzeciej części - Stefania Pruszyńska A oto poprzednia, pierwsza część pn. "Na TRANSATLANTYKU z Alanem Rosenbergiem" w Gazecie Autorskiej "IMPRESJee" http://impresjeee.blox.pl/2011/09/Na-TRANSATLANTYKU-z-Alanem-Rosenbergiem.html Także publikuję ją wyżej. Cavaliada 2011 na Międzynarodowych Targach Poznańskich
Od 8 do 11 grudnia na Międzynarodowych Targach Poznańskich stworzono raj dla miłośników koni i jeździectwa, czyli 15. edycję CAVALIADY. W ramach tych targów organizatorzy przygotowali trzy ich odsłony: sportową – z Międzynarodowymi Zawodami Konnymi w Skokach przez Przeszkody, targową i show. Cavaliada zaangażowała prawie 300 zawodników na swych rumakach i zwabiła na tereny MTP 25 tys. zwiedzających. Miłośnicy koni i zawodów, których było aż 10 tys. na trybunach w pawilonie 5, mieli do obserwacji wybór różnych konkurencji. Zorganizowano je jako konkursy z rozgrywką, czyli w wersji klasycznej. Były to: konkurs dużej rundy, finał średniej rundy i konkurs zawodów Grand Prix Poznania CSI3*, czyli Międzynarodowe Halowe Zawody w Skokach przez Przeszkody, w tym roku po raz pierwszy o randze trzygwiazdkowej, tj. mające pulę nagród w łącznej kwocie 440 tys. zł. Trzy konkursy spośród 12 są ujmowane w rankingu Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej, a konkurs Grand Prix otwiera dla zawodników z naszego regionu drzwi do finału Pucharu Świata. Co szczególne, kobiety zdobyły w Grand Prix dwa najwyższe laury: pierwszy - Niemka Jörne Sprehe na koniu Contifax, a drugi – Brazylijka Camila Mazza de Benedicto na koniu Willink. Trzecie miejsce zdobył Holender Henk van de Pol na koniu Chesterfield. Polscy zawodnicy z pierwszej dziesiątki to: zdobywczyni 4. miejsca – Aleksandra Lusina na koniu Omar-Plus-S oraz zdobywca 9. miejsca – Jarosław Skrzyczyński na koniu Quintera. Także Polak - Radosław Zalewski na koniu Wendalineke zajął 11. miejsce. Do finałowych rozgrywek tych zawodów zakwalifikowało się 15 Polaków (walczących o punkty do Pucharu Polski). W sumie w finale startowało 45 zawodników, a bieg ukończyło 39. Gospodarzem toru w tym roku był Szwed Peter Lundstrum, zaś sędzią głównym - Tomasz Mossakowski. Nie mieli oni łatwego zadania, poziom skoczków był bardzo wysoki, co i dla publiczności reagującej żywiołowo na niebywałe dokonania zawodników oznaczało nie lada skoki emocji. Przed trybunami na poziomie toru zorganizowano specjalne loże ze stolikami dla tych, którzy wybrali takie luksusowe miejsca podczas trwających rozgrywek. Ciekawe wnioski można było wysnuć zarówno z obserwacji uczestników w miejscach wydzielonych do ćwiczeń, przyległych do toru głównego – okolonego trybuną, w których zawodnicy rozgrzewali swoje konie i skakali przez przeszkody, jak i na torze głównym podczas przerwy – tam swoimi krokami podczas przejścia odmierzali odległości, aby móc bezbłędnie i pokazowo się zaprezentować już jako zwycięzcy. Przystawali tu najciekawsi i w wielkim skupieniu śledzili każdy ruch zawodników i ich czworonożnych partnerów, błyskały flesze licznie tu obecnych, a właściwie wszędobylskich fotoreporterów. Pomyślano również o małej Cavaliadzie - dla dzieci, którym powierzono do opanowania i walki w kilku konkursach rumaki nie tak wyrosłe ani tak ogniste jak zawodników dorosłych, lecz łagodne - kuce. Kolejny konkurs dla najmłodszych odbył się nawet po krótkiej przerwie po Grand Prix. Zawody można było też obserwować w różnych miejscach na ekranach TV. Wcześniej trwały tu przygotowania. Pierwszego dnia Cavaliady, tj. 8 grudnia, zawodnicy na swoich pięknych rumakach rozpoznawali warunki, oswajali się i swoich czworonożnych partnerów z miejscem i stopniowo wprowadzali się w stan gotowości do walki o trofea. Drugiego dnia odbył się konkurs potęgi skoku, w którym królował na koniu Dassino Emanuele Gaudiano z Włoch. Zabawową formułę konkursu szybkości „Speed and music”, podnoszącego ciśnienie krwi o wiele, wiele kresek, stworzono dzięki równoczesnym popisom DJ-ów: Czecha Ludvika Jounderka i Polaka – Teak-a (radio Planeta). Bajecznie prezentowały się zaprzęgi. W tej konkurencji Idmar International Driving Cup odbył się już w tym roku z obsadą międzynarodową. Zwycięstwo wywalczyła obsada mistrza Polski Adriana Kostrzewy z Patrykiem Szymczakiem. Drugi laur zdobył mistrz Brandenburgii Norman Schroder, a trzeci - mistrz Czech Josef Hrouda. Z widowiskowych pokazów warto było zaznać widoków iście z westernów, które w kilku odmianach wprowadzały w klimat filmów z Dzikiego Zachodu czy też w wersji szybkościowej, które jako żywo budziły skojarzenia z obrazami wielkich wyścigów, a też w istocie rzeczy taki miały scenariusz. Kto zaś wrażliwy na piękno: urodę i grację wielkiej klasyki – nie pominął pokazu arabów z Janowa Podlaskiego. Niestety, na konie te - czystej krwi arabskiej, doskonale wypielęgnowane i ze znakomitymi rodowodami, stać jedynie najbogatszych ich miłośników, bowiem są one najdroższe na naszym globie. Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska Od symfonii do szeptu i ciszy. Na drogach po tamtej stronie (1)
Lech Wałęsa o zmarłym dzisiaj (18 grudnia 2011) Vaclavie Havlu: "Widać po tamtej stronie jesteśmy potrzebni" „To zasłużony antykomunista. Widać po tamtej stronie jesteśmy potrzebni. Niech zazna spokoju" - tak m.in. w Radiu Zet powiedział dzisiaj Lech Wałęsa, w reakcji na smutną wieść o śmierci 75-letniego Vaclawa Havla. „Pan buduje przedstawienie jak symfonię” - Witold Lutosławski do Adama Hanuszkiewicza, zmarłego 4 grudnia 2011. Adam Hanuszkiewicz zadebiutował w roli reżysera w 1951 r. w Teatrze Polskim w Poznaniu, sztuką Leonida Rachmanowa "Niespokojna starość". Budził kontrowersje, ale też miał ogromną rzeszę wielbiących jego osobiście i jego sztukę, w tym pośród znaczących postaci kultury. Jednak niektórzy recenzenci go nie oszczędzali, pisząc o nim: "niszczyciel kultury polskiej", "barbarzyńca w ogrodzie tradycji" czy "odmóżdżacz polskiego teatru", co okazało się wraz z rozwojem jego idei burzenia kanonów jednak sezonowym akcentem negatywnego odbioru. Znane są niekonwencjonalne realizacje, jak np. monolog Kordiana na Mont Blanc wygłaszany przez Andrzeja Nardellego stojącego na drabinie czy też najbardziej głośna inscenizacja „Balladyny”, w której aktorzy wcieleni w Goplanę, Chochlika i Skierkę jeździli po scenie na nowoczesnych hondach. Adam Stanisław Hanuszkiewicz urodził się 16 czerwca 1924 roku we Lwowie. „Na miejscu innych reżyserów klasyki popełniłbym samobójstwo… …bo to się już nie da inaczej, niż ty to robisz, zrealizować - mówił o Hanuszkiewiczu Jan Kott. Królowa estrady z nadprzyrodzonym głosem Violetta Villas… W lutym br. podczas koncertu jubileuszowego w Kielcach z okazji 50-lecia działalności artystycznej piosenkarki została odznaczona medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis", przyznawanym przez Ministra Kultury. Była nie tylko postacią estrady, lecz i filmu polskiego ("Klub profesora Tutki" Andrzeja Kondratiuka, "Dzięcioł" Jerzego Gruzy), a także filmów amerykańskich (w USA grała z Glennem Fordem, Lee Marvinem czy Bobem Hope'em). Znana też jako artystka recitali telewizyjnych, Teatru Syrena w Warszawie oraz wielu estrad w Polsce i za granicą, ośrodków polonijnych w USA i w Australii. Jej charakterystyczny styl nawiązywał do Hollywoodu lat 60. Ostatnie lata artystki to przede wszystkim dobroczynność na rzecz zwierząt. Utworzyła przy swoim domu w Lewinie Kłodzkim – schronisko dla ok. 300 kotów, 150 psów i kilkanaście kóz. Z tego powodu pojawiło się w jej życiu wiele kłopotów, w tym – egzystencjalnych i także z władzami sanitarnymi. W tym roku ukazała się książka "Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia" Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza, o której autorzy mówią, że to dramat w dwudziestu aktach. Violetta Villas - Czesława Cieślak, urodziła się 10 czerwca 1938 roku w Liege w Belgii. Zmarła 5 grudnia br. „I dobroczynność jest tak życiochłonna, jak artystyczna aktywność” - moja reakcja na wieści o sytuacji Violetty Villas w ostatnich latach… Stefania Pruszyńska Rezydencja na płonącej linie...
Rewolucje są najlepsze w dziedzinach artystycznych - Rewolucje są najlepsze w dziedzinach artystycznych – tak twierdzi dyr. Teatru Wielkiego Michał Znaniecki, który ujął mnie tą myślą niezwykle… Od razu pomyślałam, wiedziona instynktem wojowniczki, z pozoru tylko refleksyjną mając naturę, że należałoby taką rewolucję zapostulować. Niedawny Poznański Kongres Kultury wniósł przede wszystkim idee związane z koniecznością uporządkowania wielu spraw. Bo z tego chaosu, który zapanował w kulturze, z rozproszenia środowisk i twórców, chudnącego portfela na kulturę, nijak nie wynika optymistyczny obraz. W tym wielu twórców starszych pokoleń czy np. niezależnych animatorów kultury jest pozostawionych samym sobie, bez wsparcia. A tyle się mówi o tym, by przeciwdziałać np. wykluczeniu społecznemu… W Magii Stracie… Znany pisarz i satyryk, którego książki wydano w 5 mln egzemplarzy, wydaje gazetę, na którą nikt mu ani grosika nie dał i nie daje, co nie jest jedynym takim przykładem. A był w magistracie… Może w Magii Stracie? – dopowiem już własnym satyrycznym jęzorkiem. Bo rzeczywiście magii tam nijakiej nie zastał, a straty swoje zna aż nadto dobrze. Dość, że wspólna jazda pestką (czyli PST, tj. poznańskim szybkim tramwajem) nieco nam ukoiła nerwy, a nadto w naszych oczach zrehabilitowała władze - komunikacyjne. Motorniczy przejawiał kulturę jazdy nie na bakier... A mi się marzy rezydencja… z prawdziwego zdarzenia A mi się marzy... rezydencja kultury, która nie kostnieje w sztywnym garniturze, nie buja na karuzeli stanowisk według widzimisię czy np. niezdecydowanego gremium konkursowego. Która „wędrowcom” zdzierającym buty na jej szlakach, a więc miłośnikom i jej twórcom, otwiera drzwi do nowych komnat… Która sprzyja nie tylko klasyce, lecz i nowatorstwu, gniewom i zachwytom twórczym i ich wyrazom. Która inspiruje do kontrolowanych żywiołów… A ma swoich kompetentnych rezydentów, cieszących się uznaniem i sympatią… Gotowych do wielu przeobrażeń, a więc - ludzi z pomysłem… Postępu w akrobacjach na płonącej linie... Życzę wszystkim nam - ludziom kultury, twórcom i animatorom, kreatorom i popularyzującym ją - szybkiego i wielkiego postępu w akrobacjach na płonącej linie… Dla cyrkowego mistrza to z każdym występem - wielka sztuka. Kultura mistrzostwa… Stefania Pruszyńska Dlaczego komisja konkursowa przegrała z prezydentem swojego kandydata na dyrektora CK Zamek?
Nie może być obojętne opinii publicznej zarówno rozpisanie konkursu na dyrektora CK Zamek, bądź co bądź utrzymywanego za publiczne pieniądze, jak i rozstrzygnięcie o obsadzie tego stanowiska w tak dużej placówce kultury. A że nie zaowocował ten konkurs aprobatą Prezydenta Poznania jedynego jemu zarekomendowanego przez komisję kandydata, tj. Mateusza Słojewskiego - jak stanowi o tej decyzji protokół końcowy tego gremium z 16 grudnia br. - może trzeba wysnuć wnioski, jak nie należy rekomendować, głosować etc. Prezydent bowiem wybrał Annę Hryniewiecką… Podczas posiedzenia komisji 16 grudnia br., jak wynika z końcowego protokołu komisji, Sławomir Hinc, przewodniczący tej komisji, postulował, aby zarekomendować prezydentowi dwóch kandydatów. Jednak wskutek dalszej dyskusji i głosowania nastąpiła zmiana stanowiska komisji – zamiast dwóch kandydatów została wybrana opcja rekomendacji jednego kandydata (stosunkiem głosów 10 na 11 oddanych, bowiem jeden głos był przeciwny tej opcji - Jędrzeja Solarskiego). W kolejnym głosowaniu nad 5 (sic!) kandydatami (co można łatwo sprawdzić w protokole) największe poparcie, bo aż 6 członków komisji, otrzymał M. Słojewski. Druga była Anna Hryniewiecka z uzyskaną akceptacją 4 osób. Dwaj kandydaci nie otrzymali w ogóle głosu, jeden kandydat miał tylko jednego zwolennika. Zatem wytypowano M. Słojewskiego. Prezydent dokonał innego wyboru, kwestionując tym samym decyzję komisji konkursowej, bowiem jego kandydatką okazała się Anna Hryniewicka (mająca notabene za sobą doświadczenie współorganizatorskie Poznańskiego Kongresu Kultury), która została dyrektorem CK Zamek. Gdyby komisja nie zmieniała pierwotnych zamiarów o dwóch kandydatach i tyleż by rekomendowała prezydentowi, czy prezydent wybrałby inną osobę – trzecią? Prezydenta postawiono w sytuacji obligatoryjnej? A może zabrakło czytelnych i jasnych procedur konkursu, a raczej wyboru i głosowania? Istotne wahania wynikały z oglądu arytmetyki głosowań. Komisja uznała, że np. rozkład poparcia: 3-3-3-2 będzie wymagał ponownego głosowania, bowiem wyłoni aż 3 kandydatów. (A dlaczego nie miałby prezydent wybierać np. spośród 3 zarekomendowanych?). A przecież głosowano nad 5 kandydatami. Zatem analizowane rozkłady powinny być 5-członowe, np.: 5-3-1-1-1 lub 4-3-1-1-2, które mogłyby wyłonić 2 kandydatów... Wystarczyłoby w takiej sytuacji przyjąć 2 najlepsze wyniki. A może takie myślenie i inne kombinacje liczbowe są irracjonalne? SP Patrz dokumentacja: http://bip.um.poznan.pl/bip/public/bip/zarzadzenia.html?co=print&keyid=%20616/2011/P (Publikacja wznowiona, zaktualizowana).
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Idziesz, Panie Maleńki, Stefania Pruszyńska
Idziesz, Panie Maleńki, z żywej źrenicy Ojca z lirą słońca jak płomień cierpliwy pewny swoich dróg. Idziesz, Panie Maleńki, a drogi kładą się Tobie pod stopy kamieniami jak śpiewające Ciebie zastygłe łzy anioła. Idziesz, Panie Maleńki, do sierocej duszy świata echem tęsknoty wołany jak kwiat światła do wygasłej świątyni. Nadchodzisz, Panie Maleńki, tak cichutko i ufnie na sianku złożyć swój sen jak motyl z łąk Ojca mocą czułości nieśmiertelny.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
FARIDA: "La musica magica" to była umowa serca
Farida 10 listopada w gmachu poznańskiego Sądu Okręgowego wyznała, że koncert w 2009 r. w poznańskiej Auli UAM, zorganizowany przez Stowarzyszenie Muzyczne Brzmienia dla uczczenia 70. urodzin Niemena, śpiewała z miłości przez duże „M” i że nie zawarła z Niemenem żadnej umowy pisemnej dotyczącej przekazania jej „La musica magica”. „Była to umowa serca” - mówiła… Artystka specjalnie przyjechała do Poznania z Włoch jako świadek Krzysztofa Wodniczaka, aby złożyć swoje zeznanie w sprawie, w której z powództwa Małgorzaty Niemen-Wydrzyckiej przeciwko Stowarzyszeniu Brzmienia toczy się proces o ochronę praw autorskich i odszkodowanie w kwocie 50 tys. zł za ich naruszenie, a także o wydanie przez sąd zakazu na wykorzystywanie „La musica magica” przez pozwanego. Wdowa po Niemenie zarzuca mu, że dopuścił wykonanie tej piosenki w 2009 r. na koncercie w Poznaniu bez jej zgody. Zaciekawiona Faridą – Concettą Gangi gromada fotoreporterów kierowała na nią swoje obiektywy, a licznie przybyli na rozprawę redaktorzy i dziennikarze z wielką uwagą wsłuchiwali się w jej zeznania, przekazywane przez tłumaczkę. Artystka wypowiadała się niekonwencjonalnie, silnie barwiąc emocją swoje słowa. Włoska piosenkarka stanowczo stwierdziła, że jest autorką słów utworu „La musica magica”, tym samym przecząc sugestiom zawartym w zeznaniach złożonych w czerwcu m.in. przez Małgorzatę Niemen-Wydrzycką o innym autorstwie czy współautorstwie tego utworu. Farida wczoraj w odpowiedzi na pytania sądu, które zmierzały do ustalenia prawa własności do tej kompozycji i charakteru umowy między nią a Niemenem, powiedziała, że nie zawarła z Niemenem żadnej umowy pisemnej dotyczącej przekazania jej „La musica magica” i że ta piosenka jest umową serca. Wyraziła również swoją opinię o bezsensie wojny o ten utwór pytaniem: „Dlaczego nie miałabym wykonywać piosenki, którą napisałam?”. Stwierdziła: „Pani Małgorzata powinna być szczęśliwa, że taki idol jak Niemen dzięki popularyzowaniu jego utworów jest znany również młodym pokoleniom”. I nagle oświadczyła: „Może pani Małgorzata wziąć tę piosenkę, mogę jej dać tę piosenkę i pieniądze za nią, jeżeli o to chodzi, ale to nie zmieni faktu, że to piosenka moja i Niemena”. A i stwierdziła z naciskiem: „Ja, jak chcę zarabiać, to pracuję!”. I dodała: „Odbyłam długą podróż, 3 tysiące kilometrów, żeby przemówić w imieniu pana Wodniczaka. A wiem, że dochód z tego koncertu był przeznaczony na dom Niemena” i zasugerowała: „Niech pani Niemen zostawi w spokoju pana Wodniczaka”. Sędzia Iwona Godlewska dociekała, czy Niemen podarował Faridzie piosenkę „La musica magica”, na co włoska artystka odpowiedziała: „Oczywiście. Ja podarowałam mu słowa, on mi - muzykę. Oczywiste było też, że zarówno on, jak i ja, będziemy wykonywać tę piosenkę”. I wyznała, że śpiewała tę piosenkę nie tylko we Włoszech, lecz również w Las Vegas (w 1996 roku, co podała jako odpowiedź na dodatkowe pytanie sędzi, zastrzegając się jednak, że musiałaby to sprawdzić dokładnie), a także, że wie, iż ją również wykonywał sam Niemen. Na wczorajszej rozprawie zeznawała również Kinga Kosińska, mająca za sobą 40 lat pobytu we Włoszech, która Faridę poznała w 1969 r. Nie ukrywała ona jednak swojej niechęci do włoskiej artystki za jej występ w poznańskim koncercie w Auli UAM. W tym samym czasie Kinga Kosińska planowała i załatwiała z TVN inny koncert dla Faridy na festiwalu w Sopocie w 2009 r., gdzie miała się odbyć premiera „La musica magica”. Ten sopocki występ Faridy Kinga Kosiewska uzgadniała z Małgorzatą Niemen. Niepowodzenie tych starań oznaczało utratę wynagrodzenia dla stron zaangażowanych w nie… Z uwagi na powołanie innego świadka – Włoszki znanej Faridzie, sama piosenkarka zgłosiła zamiar przyjazdu na tę rozprawę i z wielką emocją wyraziła swoją wątpliwość co do wiarygodności tej osoby. Sąd przychylił się do woli Faridy jej uczestnictwa w rozprawie jako publiczność. W procesie tym istotne kwestie dotyczą nade wszystko praw własności do „La musica magica”, a tym samym – zasadności wniesionego powództwa. Sąd uznał, iż z uwagi na znaczenie prawa do decyzji o pierwszym wykonaniu, konieczne jest ustalenie faktu, czy ten utwór był zaprezentowany przez Niemena w Cieszynie w 1990 roku. Strony procesowe wskazywały na różne aspekty związane z posiadanym dowodem – nagraniem, m.in. na to, że nagranie mogło być stworzone w innym miejscu. Do celów dowodowych mają być dołączone publikacje prasowe o tym koncercie. Dalsze postępowanie sądowe obejmie kolejną rozprawę, podczas której będzie odsłuchiwane nagranie z Cieszyna, zeznawać będą nowi świadkowie i obie strony procesu. Zaplanowano ją na styczeń 2012 r. Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska Na fot. od góry: ♦Farida na sali sądowej ♦ Małgorzata Niemen Wydrzycka (w środku) ♦ Krzysztof Wodniczak (pierwszy z prawej) ♦ Fotoreporterzy mieli 10 minut zezwolenia sędzi Iwony Godlewskiej na fotografowanie na sali ♦ Iwona Godlewska, sędzia Sądu Okręgowego w Poznaniu (publik. powtórzona) | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||