| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
* ZAPRASZAM TAKŻE DO SALONÓW GAZETY AUTORSKIEJ...
Wspominają CONRADA DRZEWIECKIEGO:
Wywiad z dr. Ferdynandem Froissartem o promocji rodzin
Wywiad z prof. Lechem Trzeciakowskim - "Kontrowersyjny Bismarck"
Księgarnia internetowa Tolle.pl Poznaj! Kliknij!
piątek, 30 grudnia 2011
Bajkowa opowieść świąteczna 2

Bajkowa opowieść świąteczna 2, Stefania Pruszyńska



20:14, impresje
Link Dodaj komentarz »
Na TRANSATLANTYKU z Alanem Rosenbergiem... (cz. 1)
Alan Rosenberg, były prezes Screen Actors Guild - związku zawodowego amerykańskich aktorów (w latach 2005 – 2009), aktualnie członek Obama of America, zaskoczył  nas swoim wykładem: „Praca w sektorze sztuki i Gildia Aktorów Ekranowych (SAG)”, który wygłosił w pawilonie Nowej Gazowni. To spotkanie z nim 9 sierpnia br. było dla nas swoistą formułą rejsu TRANSATLANTYKIEM (Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk)  na ląd nam  nieznany w Hollywood i bynajmniej jednak odległy od bajecznej krainy snów czy marzeń, z czym kojarzyliśmy dotąd to miejsce.

Poprowadził nas Alan Rosenberg do krainy, w której nierzadko wzbierają  potężne orkany, a na co dzień toczy się koło zmiennej fortuny. Aktorzy muszą walczyć o godną egzystencję i  daleko temu środowisku do jednego zdania. Istnieje w nim   wiele podziałów, kategorii czy klas i grup interesów, a także rodzaj zmowy, jak to zobrazował Rosenberg na przykładzie choćby aktorów  z Denver, izolujących się, bojkotujących swój udział w procesie scalania całego środowiska w ramach związku zawodowego. Roztoczyła się przed nami dzięki tej relacji - ogromna panorama walki i różnych  aspektów pracy zawodowej,  która wymaga od działacza związku zawodowego wielu starań o konsensusy i twardej postawy tam, gdzie istnieją zagrożenia żywotnych interesów środowiska. Także - talentów w prowadzeniu dialogu z  przedstawicielami  różnych gremiów,  wszystkich stron zaangażowanych w produkcję filmów.

Zwycięsko... Jako aktor poznał  on wiele smaków tego zawodu i takich też smaków - zapłaty za swoje działania jako działacz związków zawodowych aktorów. Zebrał też ogromne doświadczenie, uniósł wiele przeżyć, w tym i tych - za własną nieposkromioną duszę człowieka myślącego szeroko i z odwagą idącego z ideą scalania środowisk nie tylko aktorskich, lecz również pokrewnych, jak np. scenarzystów.  I walczącego o dobre dla nich kontrakty czy prawa i tantiemy związane z emitowaniem filmów nie tylko na szerokim ekranie czy telewizyjnym, lecz także – w Internecie. A wygrał wiele dla tego środowiska...

Pod wozem... Ten wykład był jednym wielkim wyznaniem, szczerym zrelacjonowaniem różnych potyczek i wojen, ale też wątków z własnego życia zawodowego.  Alan Rosenberg wyznał, że niejeden raz był pod wozem. Opowiedział m.in. coś bardzo znamiennego, dotyczącego tego etapu w życiu zawodowym, gdy nie miał pracy na planie filmowym. Zatrudnił się wówczas jako taksówkarz. Któregoś dnia do jego taksówki wsiadł aktor mający właśnie doskonałą pozycję  – grający na pierwszym planie filmu. Wówczas Alan poczuł smak goryczy swojej sytuacji jako kierowcy, uznał ją dla siebie za wyjątkowo przykrą, poniżającą…

Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska

Cd. to opowieść Alana Rosenberga

z  tego spotkania - podaję jej część w następnej publikacji...( cdn).


Na TRANSATLANTYKU z Alanem Rosenbergiem... Alan opowiada (cz. 2)

Alan Rosenberg, były prezes Screen Actors Guild - związku zawodowego amerykańskich aktorów (w latach 2005 – 2009), aktualnie członek Obama of America, zaskoczył  nas swoim wykładem: „Praca w sektorze sztuki i Gildia Aktorów Ekranowych (SAG)”, który wygłosił w pawilonie Nowej Gazowni. To spotkanie z nim 9 sierpnia br. było dla nas swoistą formułą rejsu TRANSATLANTYKIEM (Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk)  na ląd nam  nieznany w Hollywood i bynajmniej jednak odległy od bajecznej krainy snów czy marzeń, z czym kojarzyliśmy dotąd to miejsce. Tym razem, w drugiej już publikacji, przytaczam przetłumaczoną opowieść Alana Rosenberga, którą snuł na tym spotkaniu...Tym razem, w drugiej już publikacji, przytaczam przetłumaczoną opowieść Alana Rosenberga, którą snuł na tym spotkaniu...  



Witam wszystkich, nazywam się Alan Rosenberg. Od 2005 do 2009 roku  byłem prezesem Screen Actors Guild – gildii amerykańskich aktorów czy też aktorów ekranowych. Przez lata pracowałem m.in. z: Jamesem Cagneyem, Danem Andrews, Charltonem Hestonem. Oni byli reprezentantami tego związku, a więc był to dla mnie ogromny zaszczyt działać właśnie na tym stanowisku.

(Tutaj  mała dygresja A. Rosenberga:  Niezbyt dobrze spałem zeszłej nocy, ale mimo wszystko spędzam wspaniale czas tu - w Poznaniu i w Rozbitku, gdzie jest fantastycznie, świetne jedzenie, wspaniali ludzie. Niestety, pokój, w  którym mieszkam, może to nie było to najlepsze miejsce, gdzie można się było spokojnie wyspać – tam były dzikie zwierzęta: dziki, lisy…).

- Będę dzisiaj mówił o związku zawodowym, o swoim doświadczeniu jako przewodniczącego, prezesa tego stowarzyszenia aktorów amerykańskich. W Hollywood do tej pory nie płacimy sekretarzom i skarbnikom, w wielu przypadkach jest to praca zupełnie tymczasowa – na pół etatu. A więc wiele pracy w związku zawodowym wykonywanej dla aktorów. Pracując jako prezes tego związku, musiałem składać różne raporty, także występować przed dużym gronem ludzi, co nie jest dla mnie komfortową sytuacją i nigdy mi to nie przychodziło z łatwością, było to dla mnie wyzwaniem.

Może zacznę  od tego, dlaczego zostałem prezesem tego związku i jak to się stało, a następnie przejdę do różnych spraw, które nam się udało osiągnąć.

Żyję w kraju, w którym rozumie się wartość związków zawodowych i ich zdolność do zmian w tym środowisku pracy. Niestety, nie udało mi się osiągnąć tego wszystkiego, co chciałem osiągnąć, mam jednak nadzieję, że pozostałym się to uda.

Jak się  tam dostałem… W latach 60. chodziłem do college`u w USA, w czasie wojny w Wietnamie. Mój starszy brat był prawdziwym bohaterem tej wojny, 18 lat temu zmarł. Był on moim mentorem z punktu widzenia politycznego, politycznym aktywistą i był również zakochany w sztuce aktorskiej. I pokazał, że tak naprawdę można zmieniać świat. I bycie aktywnym społecznie zainspirowało mnie do dalszej pracy i także wtedy, gdy w końcu zostałem prezesem tego związku - SAG. W latach 70. pracowałem w kolejnym związku aktorów w Nowym Jorku – 7 lat. Było to bardzo frustrujące doświadczenie, nie będę o tym za wiele i na ten temat mówił, ale ten związek bardzo aktywnie działał i chronił swoich członków. Niestety, ta sytuacja obecnie się już zmieniła.

Następnie przeniosłem się po tych 7 latach do Los Angeles. W tamtych czasach grałem również w filmach,  w telewizji w serialu „Play for Time” i zostałem zwolniony  z tej pracy. W bardzo  komicznych okolicznościach. Mój agent poprosił reprezentanta związku zawodowego, aby wybronili mnie. Nie zgodzili się, ponieważ mieli wiele innych projektów „na głowie” i stwierdzili, że to jest moje słowo przeciwko słowu mojemu pracodawcy, a w takiej  sytuacji związek bierze stronę pracodawcy. Wtedy mój agent zatrudnił prawnika, który pracował nad moją sprawą 3 lata – i w końcu udało się odzyskać moje pieniądze, które zarobiłem. Wtedy zakończyła się moja współpraca ze związkiem. Skupiłem się  na mojej karierze. Dzięki temu otrzymałem wiele dobrych ról, zagrałem w bardzo dobrych produkcjach, czyli wszystko układało się po mojej myśli, ale też  potem jakby  sytuacja się uspokoiła - żyłem z pieniędzy, które wypłacano  za filmy i seriale ponownie puszczane, w których grałem. Aktorzy bez takiego właśnie rodzaju wsparcia finansowego nie byliby w stanie przeżyć. W latach 90. z grupą moich przyjaciół przeniosłem się do Los Angeles. Mieliśmy bardzo dużo problemów przetrwania, przeżycia. Wkroczyliśmy do show-biznesu z bardzo wysokimi oczekiwaniami, ale wierzyliśmy, że jeżeli mamy szczęście, jeżeli ciężko pracujemy i bardzo dobrze wykonujemy swoją pracę – wtedy będziemy  mogli żyć na choćby średnim poziomie, np. choćby takim, by móc zapłacić czynsz. Ja, niestety, miałem kilka problemów, ale potem - w końcu lat 90. szczęście się do mnie uśmiechnęło – pojawiłem się w serialu „Civil Wars”(„Kryminalne zagadki Las Vegas”), a później - w pięciu serialach.  Przez 12 lat otrzymywałem wynagrodzenie każdego tygodnia. W 1990 roku poślubiłem wspaniałą kobietę – jest gwiazdą serialu CSI. Ona również dobrze stała finansowo. Po tym paśmie sukcesów chciałem zrobić coś, co poprawiłoby sytuację aktorów średniej klasy.

Uwielbiam grać w pokera. Wspaniała  aktorka JoBeth Williams grała ze mną w pokera. A była strasznie rozgoryczona różnymi kontrowersjami w świecie zawodowym aktorów. Chodziło tutaj o zawarcie współpracy z dużymi korporacjami. Mój agent uważał, że nie jest to dobry pomysł, aby taką współpracę nawiązać. Największym problemem było wynegocjowanie najlepszych prac. Przyszedłem na spotkanie, aby się dowiedzieć trochę więcej na ten temat i było to spotkanie na wysokim szczeblu. Byłem na to spotkanie zaproszony, ale z drugiej strony mój wizerunek w związku był taki, że: "Zawsze stanie  po stronie tych uciśnionych i walczy o aktorów w gorszej sytuacji". A agenci, menedżerowie prowadzą negocjacje, jeśli chodzi o płace. Natomiast średniej klasy aktorzy muszą polegać na związkach zawodowych. Wielu z nich w ogóle nie ma swoich agentów. Kiedy byłem w radzie aktorów, bardzo często oczekiwaliśmy od agentów, że nawiążemy współpracę, czyli że otworzą nam drzwi i będą nam w stanie coś zaoferować. Poszedłem na to spotkanie i kiedy tam siedziałem [zapis imienia i nazwiska na taśmie niewyraźny - przyp. mój SP], bardzo kontrowersyjna figura w świecie filmowym, bardzo inteligentny i mądry człowiek, który  dobrze znał historię związku, tego dnia wygłosił  fascynujące wystąpienie. To aktor  rozumiał sens pracy, którą związki wkładały  w poprawę sytuacji aktorów. Jak tak mówił, coraz bardziej poruszony jego wystąpieniem, postanowiłem aplikować do rady tego związku.

W naszym związku były bardzo żywe, aktywne dwie partie. Warto kupić książkę, która opowiada o historii właśnie CAG – to dobre źródło, jeśli chodzi o informacje dotyczące związku  i jego historii. [znalazłam w Sieci inf. o książce autorstwa Davida F. Prindle`a “The Politics of Glamour: Ideology and Democracy in the Screen Actors Guild” – przyp. mój S.P.]. Byłem zaskoczony tym dwupartyjnym systemem  wewnątrz związku. Moja wizja była taka, że trzeba działać jednocześnie i zdecydowanie – a tu nagle się pojawia  dwupartyjny system, czyli tak naprawdę w radzie nie dochodziło nigdy do konsensusów. Dwie partie ciągle walczyły ze sobą, miały ogromnie bezsensowne potyczki, które mogły trwać godzinami.

Cd. tłumaczenia tej opowieści Alana Rosenberga podam w  trzeciej części -  Stefania Pruszyńska

A oto poprzednia, pierwsza część pn. "Na TRANSATLANTYKU z Alanem Rosenbergiem" w Gazecie Autorskiej "IMPRESJee"

http://impresjeee.blox.pl/2011/09/Na-TRANSATLANTYKU-z-Alanem-Rosenbergiem.html

Także publikuję ją wyżej.




Cavaliada 2011 na Międzynarodowych Targach Poznańskich




 Od 8 do 11 grudnia na  Międzynarodowych Targach Poznańskich stworzono raj dla miłośników koni i jeździectwa, czyli 15. edycję CAVALIADY. W ramach tych targów organizatorzy przygotowali trzy ich odsłony: sportową – z  Międzynarodowymi  Zawodami  Konnymi w Skokach przez Przeszkody, targową i show.

Cavaliada  zaangażowała  prawie 300 zawodników na swych rumakach  i zwabiła na tereny MTP  25 tys. zwiedzających. Miłośnicy koni i  zawodów, których było aż 10 tys. na trybunach w pawilonie 5, mieli do obserwacji wybór różnych konkurencji. Zorganizowano je  jako konkursy z rozgrywką, czyli w wersji klasycznej. Były to: konkurs dużej rundy,  finał średniej rundy i  konkurs zawodów Grand Prix Poznania CSI3*, czyli Międzynarodowe Halowe Zawody w Skokach przez Przeszkody,  w tym roku  po raz pierwszy o randze trzygwiazdkowej, tj. mające pulę nagród w łącznej kwocie 440 tys. zł.   Trzy konkursy spośród  12  są ujmowane w rankingu Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej, a konkurs Grand Prix  otwiera dla zawodników z naszego regionu  drzwi  do finału Pucharu Świata.

Co szczególne,  kobiety zdobyły w Grand Prix dwa najwyższe laury: pierwszy - Niemka Jörne  Sprehe na koniu Contifax, a drugi – Brazylijka Camila Mazza de Benedicto na koniu Willink. Trzecie miejsce zdobył Holender Henk van de Pol  na koniu  Chesterfield. Polscy zawodnicy z pierwszej dziesiątki to: zdobywczyni  4. miejsca – Aleksandra Lusina na koniu Omar-Plus-S oraz zdobywca 9.  miejsca – Jarosław Skrzyczyński na koniu Quintera. Także  Polak -  Radosław  Zalewski  na koniu Wendalineke zajął 11. miejsce.

Do finałowych rozgrywek  tych zawodów zakwalifikowało się 15 Polaków  (walczących o punkty do Pucharu Polski).  W  sumie w finale startowało 45 zawodników, a bieg ukończyło 39. Gospodarzem toru w tym roku był  Szwed Peter Lundstrum, zaś sędzią głównym - Tomasz Mossakowski. Nie mieli oni łatwego zadania, poziom skoczków był bardzo wysoki, co i dla publiczności  reagującej  żywiołowo na niebywałe dokonania zawodników oznaczało nie lada skoki emocji.

Przed trybunami na poziomie toru zorganizowano specjalne loże ze stolikami dla tych, którzy wybrali takie luksusowe miejsca podczas trwających rozgrywek.

Ciekawe  wnioski można było  wysnuć zarówno z obserwacji uczestników w miejscach  wydzielonych do ćwiczeń, przyległych do toru głównego – okolonego trybuną,  w których zawodnicy rozgrzewali swoje konie i skakali przez przeszkody, jak i na torze głównym podczas przerwy – tam swoimi krokami podczas przejścia odmierzali odległości, aby móc bezbłędnie i pokazowo się zaprezentować już jako zwycięzcy. Przystawali tu najciekawsi i w wielkim skupieniu śledzili każdy ruch zawodników i ich czworonożnych partnerów, błyskały flesze licznie tu obecnych, a właściwie wszędobylskich  fotoreporterów.

Pomyślano również o małej Cavaliadzie  - dla dzieci, którym powierzono do opanowania   i walki w kilku konkursach rumaki nie tak wyrosłe ani tak  ogniste  jak zawodników dorosłych, lecz łagodne  - kuce. Kolejny konkurs dla najmłodszych  odbył się nawet po krótkiej przerwie po Grand Prix. Zawody można było też obserwować w różnych miejscach na ekranach TV.

Wcześniej  trwały tu  przygotowania. Pierwszego dnia Cavaliady, tj. 8 grudnia,  zawodnicy na swoich pięknych rumakach rozpoznawali warunki, oswajali się i swoich czworonożnych partnerów z miejscem i  stopniowo wprowadzali się w stan gotowości do  walki o trofea.  Drugiego dnia odbył się konkurs potęgi skoku, w którym królował  na koniu Dassino Emanuele Gaudiano z Włoch.

 Zabawową formułę konkursu szybkości „Speed and music”,  podnoszącego ciśnienie krwi o wiele, wiele  kresek,  stworzono  dzięki  równoczesnym popisom DJ-ów:  Czecha Ludvika Jounderka i  Polaka – Teak-a  (radio Planeta).

Bajecznie prezentowały się zaprzęgi. W tej konkurencji Idmar International Driving Cup  odbył się już w tym roku z obsadą międzynarodową.  Zwycięstwo wywalczyła obsada mistrza  Polski Adriana Kostrzewy z Patrykiem Szymczakiem.  Drugi laur  zdobył  mistrz Brandenburgii Norman Schroder, a trzeci -  mistrz Czech Josef Hrouda.

 Z widowiskowych pokazów warto było zaznać widoków iście z westernów, które w kilku odmianach wprowadzały w klimat filmów z Dzikiego Zachodu czy też w wersji szybkościowej, które  jako żywo budziły skojarzenia z obrazami wielkich wyścigów, a też w istocie rzeczy taki miały scenariusz.

 Kto zaś  wrażliwy na piękno: urodę i  grację wielkiej klasyki – nie pominął pokazu arabów z Janowa Podlaskiego. Niestety, na konie te - czystej krwi arabskiej, doskonale wypielęgnowane i ze znakomitymi rodowodami, stać jedynie  najbogatszych  ich miłośników,  bowiem są one najdroższe na naszym globie.

Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska


Od symfonii do szeptu i ciszy. Na drogach po tamtej stronie (1)

Lech Wałęsa  o zmarłym dzisiaj (18 grudnia 2011) Vaclavie Havlu: "Widać  po tamtej stronie jesteśmy potrzebni"

„To zasłużony  antykomunista. Widać  po tamtej stronie jesteśmy potrzebni. Niech zazna spokoju"  -  tak m.in. w Radiu Zet powiedział dzisiaj  Lech Wałęsa, w reakcji na  smutną  wieść  o śmierci 75-letniego  Vaclawa Havla.

 „Pan buduje przedstawienie jak symfonię” - Witold Lutosławski do Adama Hanuszkiewicza, zmarłego 4 grudnia 2011.  Adam Hanuszkiewicz zadebiutował w roli reżysera w 1951 r.  w Teatrze Polskim w Poznaniu, sztuką Leonida Rachmanowa "Niespokojna starość". Budził kontrowersje, ale też miał ogromną rzeszę wielbiących jego osobiście i jego sztukę, w tym  pośród znaczących postaci kultury. Jednak niektórzy recenzenci go nie oszczędzali, pisząc o nim: "niszczyciel kultury polskiej", "barbarzyńca w ogrodzie tradycji" czy "odmóżdżacz polskiego teatru", co okazało się wraz z rozwojem jego idei burzenia kanonów jednak sezonowym akcentem negatywnego odbioru. Znane są niekonwencjonalne realizacje, jak np. monolog Kordiana na Mont Blanc wygłaszany przez Andrzeja Nardellego stojącego na drabinie czy też najbardziej  głośna inscenizacja „Balladyny”, w której  aktorzy wcieleni w Goplanę, Chochlika i Skierkę jeździli po scenie na nowoczesnych hondach. Adam Stanisław Hanuszkiewicz urodził się 16 czerwca 1924 roku we Lwowie. 

 „Na miejscu innych reżyserów klasyki popełniłbym samobójstwo…

…bo to się już nie da inaczej, niż ty to robisz, zrealizować - mówił o Hanuszkiewiczu Jan Kott.

 Królowa estrady z nadprzyrodzonym głosem  Violetta Villas…

W lutym br. podczas koncertu jubileuszowego w Kielcach z okazji 50-lecia działalności artystycznej piosenkarki została odznaczona medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis", przyznawanym przez Ministra Kultury.

Była nie tylko postacią estrady, lecz i filmu polskiego ("Klub profesora Tutki" Andrzeja Kondratiuka,  "Dzięcioł" Jerzego Gruzy), a  także filmów amerykańskich  (w USA  grała z Glennem  Fordem, Lee Marvinem czy  Bobem Hope'em). Znana też jako artystka  recitali telewizyjnych,  Teatru Syrena w Warszawie  oraz wielu estrad w Polsce i za granicą, ośrodków polonijnych w USA i w Australii.  Jej charakterystyczny styl nawiązywał do Hollywoodu lat 60.

Ostatnie lata  artystki to przede wszystkim  dobroczynność na rzecz zwierząt. Utworzyła  przy swoim domu w Lewinie Kłodzkim – schronisko dla ok. 300 kotów, 150 psów i kilkanaście kóz.  Z tego powodu pojawiło się w jej życiu wiele kłopotów, w tym – egzystencjalnych i  także z władzami sanitarnymi.

W tym roku ukazała się książka "Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia" Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza, o której autorzy mówią, że  to dramat w dwudziestu aktach. Violetta Villas - Czesława Cieślak, urodziła się 10 czerwca 1938 roku w Liege w Belgii. Zmarła 5 grudnia  br.

„I dobroczynność jest tak życiochłonna, jak artystyczna aktywność” - moja reakcja na wieści o  sytuacji Violetty Villas w ostatnich latach… Stefania Pruszyńska


Bajkowa opowieść świąteczna

Bajkowa opowieść świąteczna,  Stefania Pruszyńska


Rezydencja na płonącej linie...

Rewolucje są  najlepsze w dziedzinach artystycznych

- Rewolucje są  najlepsze w dziedzinach artystycznych – tak twierdzi dyr.  Teatru Wielkiego  Michał Znaniecki, który ujął mnie tą  myślą niezwykle… Od razu pomyślałam, wiedziona instynktem wojowniczki, z pozoru tylko refleksyjną  mając naturę,  że należałoby taką rewolucję zapostulować. Niedawny Poznański Kongres Kultury wniósł   przede wszystkim  idee związane  z koniecznością uporządkowania wielu spraw. Bo z  tego chaosu, który zapanował   w  kulturze, z  rozproszenia środowisk i twórców,  chudnącego portfela  na kulturę,  nijak nie wynika  optymistyczny obraz.  W tym wielu  twórców  starszych pokoleń czy np. niezależnych animatorów kultury  jest  pozostawionych samym sobie,  bez wsparcia. A tyle się mówi o  tym, by  przeciwdziałać np. wykluczeniu społecznemu…  

W  Magii  Stracie…

Znany pisarz i satyryk, którego książki wydano w 5 mln egzemplarzy,  wydaje gazetę, na którą nikt mu ani grosika nie dał i nie daje,  co nie jest jedynym takim przykładem.  A był w magistracie… Może w Magii  Stracie? – dopowiem już własnym satyrycznym jęzorkiem. Bo rzeczywiście magii tam nijakiej nie zastał, a straty swoje zna aż nadto dobrze.  Dość, że  wspólna jazda  pestką (czyli PST, tj. poznańskim szybkim tramwajem) nieco nam ukoiła nerwy, a nadto w naszych oczach zrehabilitowała władze -   komunikacyjne.  Motorniczy przejawiał kulturę jazdy nie na bakier...

A mi się marzy rezydencja…  z prawdziwego zdarzenia

A mi się marzy...  rezydencja kultury, która  nie kostnieje w  sztywnym garniturze, nie buja na karuzeli  stanowisk według  widzimisię  czy np. niezdecydowanego gremium konkursowego.  Która   „wędrowcom” zdzierającym  buty na jej  szlakach, a więc miłośnikom i  jej twórcom,  otwiera drzwi do nowych  komnat…  Która  sprzyja nie tylko klasyce, lecz  i nowatorstwu,  gniewom i zachwytom twórczym i ich wyrazom.  Która inspiruje do  kontrolowanych żywiołów…  A ma swoich kompetentnych rezydentów, cieszących się uznaniem i sympatią…  Gotowych do wielu przeobrażeń, a więc -  ludzi z pomysłem…

Postępu  w akrobacjach na płonącej linie...

Życzę  wszystkim nam -  ludziom kultury, twórcom i animatorom, kreatorom i popularyzującym ją  -  szybkiego i  wielkiego postępu w akrobacjach  na  płonącej linie…  Dla cyrkowego mistrza  to z każdym występem  -  wielka sztuka. Kultura mistrzostwa… Stefania Pruszyńska




Dlaczego komisja konkursowa przegrała z prezydentem swojego kandydata na dyrektora CK Zamek?

Nie może być obojętne opinii publicznej zarówno rozpisanie konkursu na dyrektora CK Zamek, bądź co bądź utrzymywanego za publiczne pieniądze, jak i rozstrzygnięcie o  obsadzie tego stanowiska w tak dużej placówce kultury. A że nie zaowocował ten konkurs aprobatą Prezydenta  Poznania jedynego jemu zarekomendowanego  przez komisję kandydata, tj. Mateusza Słojewskiego  - jak stanowi o tej decyzji protokół końcowy tego gremium z 16 grudnia br. - może trzeba wysnuć wnioski, jak nie należy rekomendować, głosować etc.  Prezydent  bowiem wybrał  Annę Hryniewiecką…

Podczas posiedzenia komisji  16 grudnia br., jak wynika z końcowego protokołu komisji, Sławomir Hinc, przewodniczący tej komisji,  postulował, aby zarekomendować prezydentowi  dwóch kandydatów. Jednak wskutek dalszej dyskusji  i głosowania nastąpiła  zmiana stanowiska komisji – zamiast dwóch kandydatów została  wybrana  opcja rekomendacji jednego kandydata (stosunkiem głosów  10 na  11 oddanych, bowiem jeden głos był przeciwny tej opcji - Jędrzeja Solarskiego).  W kolejnym głosowaniu nad 5 (sic!) kandydatami (co można łatwo sprawdzić w protokole) największe poparcie, bo aż 6 członków komisji, otrzymał M. Słojewski. Druga była Anna Hryniewiecka z uzyskaną akceptacją  4 osób. Dwaj kandydaci  nie otrzymali w ogóle głosu,  jeden kandydat  miał tylko jednego zwolennika. Zatem wytypowano M. Słojewskiego. Prezydent  dokonał innego  wyboru, kwestionując tym samym  decyzję komisji konkursowej,  bowiem jego kandydatką okazała się Anna Hryniewicka (mająca notabene za sobą doświadczenie współorganizatorskie Poznańskiego Kongresu Kultury), która  została dyrektorem CK Zamek.

Gdyby komisja nie zmieniała pierwotnych  zamiarów o dwóch kandydatach i tyleż by rekomendowała prezydentowi,  czy  prezydent wybrałby inną osobę – trzecią? Prezydenta postawiono w sytuacji obligatoryjnej? A może zabrakło czytelnych i jasnych  procedur  konkursu, a raczej wyboru i głosowania?  Istotne wahania wynikały z oglądu arytmetyki głosowań. Komisja uznała, że  np. rozkład poparcia: 3-3-3-2 będzie wymagał ponownego głosowania, bowiem wyłoni aż 3 kandydatów. (A dlaczego nie miałby prezydent wybierać np. spośród 3 zarekomendowanych?). A  przecież głosowano nad 5 kandydatami. Zatem analizowane rozkłady powinny być 5-członowe, np.: 5-3-1-1-1  lub 4-3-1-1-2, które mogłyby  wyłonić 2 kandydatów... Wystarczyłoby  w takiej sytuacji przyjąć 2 najlepsze wyniki.  A może takie myślenie i inne kombinacje  liczbowe są  irracjonalne? SP

Patrz dokumentacja: http://bip.um.poznan.pl/bip/public/bip/zarzadzenia.html?co=print&keyid=%20616/2011/P

(Publikacja wznowiona, zaktualizowana).




poniedziałek, 26 grudnia 2011
Nowe Światło nadeszło z Nim...

 

Nowe Światło nadeszło z Nim, Stefania Pruszyńska 


Idziesz, Panie Maleńki, Stefania Pruszyńska



Idziesz, Panie Maleńki,

z żywej źrenicy Ojca

z lirą słońca

jak płomień cierpliwy

pewny swoich dróg.

Idziesz, Panie Maleńki,

a drogi kładą się Tobie

pod stopy kamieniami

jak śpiewające Ciebie

zastygłe łzy anioła.

Idziesz, Panie Maleńki,

do sierocej duszy świata

echem tęsknoty wołany

jak kwiat światła

do wygasłej świątyni.

Nadchodzisz, Panie Maleńki,

tak cichutko i ufnie

na sianku złożyć swój sen

jak motyl z łąk Ojca

mocą czułości nieśmiertelny.




poniedziałek, 12 grudnia 2011
FARIDA: "La musica magica" to była umowa serca



Farida  10 listopada  w gmachu poznańskiego Sądu  Okręgowego wyznała, że koncert  w 2009 r. w poznańskiej Auli UAM,  zorganizowany  przez Stowarzyszenie Muzyczne Brzmienia  dla uczczenia 70. urodzin Niemena,  śpiewała z  miłości przez  duże  „M” i że  nie zawarła z Niemenem żadnej umowy pisemnej dotyczącej przekazania jej „La musica magica”. „Była to umowa serca” -  mówiła…

Artystka specjalnie przyjechała do Poznania z Włoch jako świadek Krzysztofa Wodniczaka, aby  złożyć swoje  zeznanie w sprawie, w której  z powództwa Małgorzaty Niemen-Wydrzyckiej  przeciwko Stowarzyszeniu Brzmienia toczy się proces o  ochronę praw autorskich  i odszkodowanie w kwocie 50 tys. zł  za ich naruszenie, a także  o wydanie  przez sąd zakazu na wykorzystywanie „La musica magica” przez pozwanego. Wdowa po Niemenie  zarzuca mu, że  dopuścił wykonanie tej  piosenki w 2009 r. na koncercie w Poznaniu bez jej zgody. 

Zaciekawiona  Faridą – Concettą Gangi   gromada fotoreporterów kierowała na nią swoje obiektywy, a licznie przybyli na rozprawę  redaktorzy i dziennikarze  z wielką uwagą wsłuchiwali się w jej zeznania, przekazywane przez tłumaczkę.  Artystka  wypowiadała się niekonwencjonalnie, silnie barwiąc emocją swoje słowa.

Włoska piosenkarka  stanowczo stwierdziła, że  jest  autorką słów  utworu „La musica magica”, tym samym przecząc  sugestiom  zawartym  w zeznaniach   złożonych  w czerwcu m.in. przez Małgorzatę Niemen-Wydrzycką  o innym autorstwie czy współautorstwie tego utworu. 

Farida wczoraj w odpowiedzi na pytania sądu, które zmierzały do ustalenia  prawa własności do tej kompozycji i charakteru umowy między nią a Niemenem,  powiedziała, że nie zawarła z Niemenem żadnej umowy pisemnej dotyczącej przekazania jej „La musica magica” i że  ta piosenka jest umową serca.  Wyraziła również swoją opinię o  bezsensie  wojny o ten utwór pytaniem: „Dlaczego nie miałabym wykonywać piosenki, którą napisałam?”. Stwierdziła: „Pani Małgorzata powinna być szczęśliwa, że taki idol jak Niemen dzięki popularyzowaniu jego utworów jest znany również młodym pokoleniom”.

I nagle  oświadczyła:  „Może  pani Małgorzata wziąć tę piosenkę, mogę jej dać tę piosenkę i pieniądze za nią, jeżeli o to chodzi,  ale to nie  zmieni  faktu,  że to piosenka moja i Niemena”.  A i stwierdziła z naciskiem: „Ja, jak chcę zarabiać, to pracuję!”.

I dodała: „Odbyłam długą podróż, 3 tysiące kilometrów, żeby przemówić w imieniu pana Wodniczaka. A  wiem, że dochód z tego koncertu był przeznaczony na dom Niemena” i  zasugerowała: „Niech pani Niemen  zostawi w spokoju pana Wodniczaka”.

Sędzia Iwona Godlewska dociekała, czy Niemen podarował Faridzie  piosenkę „La musica magica”, na co włoska artystka odpowiedziała: „Oczywiście. Ja podarowałam mu słowa, on mi - muzykę. Oczywiste było też, że zarówno on,  jak i ja, będziemy wykonywać tę piosenkę”. I wyznała, że śpiewała tę piosenkę  nie tylko we Włoszech, lecz również w Las Vegas (w 1996 roku, co podała jako odpowiedź na dodatkowe pytanie sędzi, zastrzegając się jednak, że musiałaby to sprawdzić dokładnie),  a także, że  wie,  iż  ją również wykonywał sam Niemen.

Na wczorajszej rozprawie zeznawała również  Kinga  Kosińska, mająca za sobą 40 lat pobytu we Włoszech, która Faridę poznała w 1969 r. Nie ukrywała ona  jednak swojej niechęci do włoskiej artystki  za jej występ  w poznańskim koncercie w Auli UAM.  W tym samym czasie  Kinga Kosińska planowała i załatwiała z TVN  inny koncert dla Faridy na   festiwalu w Sopocie w 2009 r., gdzie miała się odbyć premiera „La musica magica”. Ten sopocki występ Faridy  Kinga  Kosiewska uzgadniała  z Małgorzatą Niemen. Niepowodzenie  tych  starań   oznaczało utratę wynagrodzenia dla stron zaangażowanych w nie…

Z uwagi na powołanie innego świadka – Włoszki znanej Faridzie, sama piosenkarka zgłosiła zamiar przyjazdu na tę rozprawę i z wielką emocją wyraziła swoją wątpliwość co do wiarygodności tej osoby. Sąd przychylił się do woli Faridy jej  uczestnictwa w rozprawie jako publiczność.

W procesie tym istotne kwestie dotyczą nade wszystko  praw własności do „La musica magica”, a tym samym – zasadności wniesionego powództwa. Sąd uznał, iż z uwagi na znaczenie  prawa do decyzji o  pierwszym wykonaniu, konieczne jest ustalenie  faktu, czy   ten  utwór był  zaprezentowany przez Niemena w Cieszynie w 1990 roku. Strony procesowe wskazywały na różne aspekty związane z posiadanym dowodem – nagraniem, m.in. na to, że nagranie mogło  być stworzone w innym miejscu. Do celów dowodowych mają być dołączone publikacje prasowe o tym koncercie. Dalsze  postępowanie sądowe obejmie kolejną rozprawę,  podczas której będzie odsłuchiwane nagranie  z Cieszyna, zeznawać będą nowi świadkowie i obie strony procesu.  Zaplanowano ją na styczeń 2012 r.

Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska

Na fot. od góry: ♦Farida na sali sądowej ♦ Małgorzata Niemen Wydrzycka (w środku) ♦ Krzysztof Wodniczak (pierwszy z prawej) ♦ Fotoreporterzy mieli 10 minut zezwolenia sędzi Iwony Godlewskiej na fotografowanie na sali ♦ Iwona Godlewska, sędzia Sądu Okręgowego w Poznaniu  (publik. powtórzona)






 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25